„Wszystko jak sen wariata śniony nieprzytomnie.” Z dedykacją dla tych wszystkich, którzy tu jeszcze zaglądają.
Znowu się spóźniła. Tylko dziesięć minut, ale jednak.
Z rozwianymi włosami i rumieńcami na policzkach, wpadła do budynku Edenu prawie przewracając jakąś kobietę. W swoim gabinecie zastała tylko Blaise’a. Czekał, siedząc przy jej biurku i metodycznie stukał palcami o blat.
- Znowu się spóźniłaś – powiedział spokojnie, odwrócony do niej plecami – Med, już ci mówiłem, że tak być nie może. Za pół godziny mam być na Kingdom Square u Boba Hauptmanna w antykwariacie.
Wszystko to powiedział bardzo powoli i spokojnie, nie przestając bębnic palcami o blat biurka. Medea czekała na wybuch.
- Nie masz mi tym razem czegoś do powiedzenia? – zapytał, odwracając się wreszcie do niej – Wybuch jądrowy? E.T. na Oxford Street? Twojej taksówki nie porwali terroryści?
- Tym razem nie – odpowiedziała Medea – Zaspałam.
- Zaspałaś? – w głosie Blaise’a dało się słyszeć niedowierzanie.
- Tak.
Blaise westchnął. Nie wiedział, co zrobić z tą dziewczyną. Była taka… taka… inna! Nie potrafił się na nią wściekać za niekompetencję, bo wspaniale wywiązywała się ze swoich obowiązków. Miała zdumiewającą wiedzę i niesamowity dar przekonywania. Potrafiła „ugadać” prawie każdego klienta. Dziewczyna miała talent i Blaise nie umiał wyjść z zdumienia jak Lennox Middleton potrafił odnaleźć ją w tłumie i rozgardiaszu panującym w Londynie. Jedynym jej mankamentem, póki co, była niepunktualność. Medea zawsze się spóźniała.
Nie widząc spodziewanego wybuchu, dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę.
- Idziemy? – spytała, korzystając z chwili ciszy – Mamy jeszcze dwadzieścia minut.
Blaise wstał szybko, poprawił krawat i uśmiechnął się.
- Więc chodź. Pokaż, na co cię stać. Bob jest dość upartym człowiekiem.
- Ja też – odpowiedziała – Idziemy po coś konkretnego? – zapytała, mijając „dziwkę Iana” w recepcji.
- Nie. Tylko się rozejrzeć.
Antykwariat przy Kingdom Square był dość duży. Zajmował cały parter trzypiętrowej kamienicy. Witrynę zdobiły wszelkiego rodzaju meble, biżuteria, ubrania. Bob Hauptmann przywitał ich uprzejmie, aczkolwiek nie wylewnie. Medea odniosła wrażenie, że niekoniecznie cieszy się z ich wizyty.
- Nie będę ukrywał, że pańska obecność jest mi nie na rękę – powiedział zaraz.
Miał suchy, cichy głos, jak mumia. Sam wyglądał podobnie – wysuszony, pomarszczony, z jasną, pergaminowa skórą, przez która prześwitywały żyły. Na przedramieniu lewej ręki miał wytatuowany rząd liczb. Nagle zauważył wzrok Medei. Szybko schował rękę za plecy.
- Zanim zacznie pani zadawać głupie pytania, powiem od razu – tak, byłem w obozie w Auschwitz. Miałem dwanaście lat. Tak, jestem Żydem. I nie, nie chce o tym rozmawiać. I nie chcę współczucia – dodał na koniec, widząc otwierające się usta Medei.
Wszystko to powiedział szybko, zgryźliwym, pełnym jadu tonem, niezachęcającym do dalszej rozmowy.
- Rozumiem – powiedziała dziewczyna – Możemy się rozejrzeć?
- Oczywiście – i odszedł w głąb sklepu.
Blaise rzucił jej spojrzenie pełne dezaprobaty i rozczarowania.
Medea rozejrzała się z zaciekawieniem. Boba Hauptmanna i Blaise’a zepchnęła na plan dalszy.
Antykwariat był zawalony aż po sufit. Książki piętrzyły się na wysokich półkach, na meblach, upchniętych wszędzie, gdzie tylko znalazło się miejsce, leżały pozytywki, biżuteria, sztućce, figurki i wszelkiego rodzaju bibeloty. Przeważała kultura żydowska – gwiazdy Dawida, menory, kadzielnice. W oszklonych kredensach leżały posrebrzane sztućce, ręcznie malowane talerze, kieliszki, kubki, szklanki, zapinki do krawatów i zdobione igły do szycia. W jednym kacie piętrzyły się instrumenty muzyczne, w drugim leżały stosy plakatów musicalowych; na wolnych połaciach ściany wisiały obrazy w złoconych ramach.
Nagle rozległ się dzwonek telefonu. Blaise podskoczył i zaczął szybko sięgać do swoich kieszeni.
- Słucham? Co?! Na śmierć zapomniałem! Już lecę. Dzięki.
I rozłączył się.
- Spieszysz się gdzieś? – zapytała Medea, przeciskając się w stronę półki z książkami (lata1850 – 1900).
- Zapomniałem, że umówiłem się z klientem – powiedział Blaise z wyraźna rezygnacją – Muszę iść. Poradzisz sobie? – zapytał zaraz.
- Jasne – odpowiedziała pogodnie – Rozejrzę się jeszcze i pogadam z Bobem.
- Tylko uważaj – ostrzegł zaraz jej przełożony – Bob jest zgryźliwy i mało komunikatywny. Szybko się denerwuje.
- Zauważyłam – mruknęła dziewczyna, spoglądając przez pomieszczenie na małą sylwetkę mężczyzny – Dam sobie radę.
- Więc do jutra.
Machnęła koledze ręką i głośno wypuściła powietrze z płuc, rozglądając się za właścicielem. Stał w drzwiach na zaplecze i wpatrywał się w nią z nieukrywaną niechęcią. Jego postawa i wyraz twarzy mówiły od razu, że Medea nie ma u niego szans. Szybkim krokiem ruszyła w jego stronę.
- Ma pan coś godnego uwagi? – wypaliła od razu.
Mężczyzna spojrzał na nią niechętnie i uśmiechnął się złośliwie.
- Oczywiście – powiedział – Wszystko, co pani tu widzi, jest godne uwagi.
Aha. Czyli bawimy się w gierki?
Medea uśmiechnęła się paskudnie i pochyliła do przodu, tak, że prawie stykali się nosami.
- Wyjaśnijmy sobie może coś – powiedziała cichym, rzeczowym tonem miłej pogawędki – Widzi pan, w nosie mam, co pan sobie myśli. Powiewa mi, czy pan mnie lubi czy też nie. Nie chce pan współczucia, za to, co pana spotkało, ale gdzieś w głębi siebie liczy pan na nie, bo przecież tak powinno być. Ze mną się to panu nie uda. Nie będę zwracać uwagi na pańskie uczucia, tylko dlatego, że gdzieś istnieje w świecie mechanizm, który powoduje u nas takie działanie. Więc niech pan nie liczy, że teraz ustąpię, bo tego wymaga dobre wychowanie, zasady życia w społeczeństwie, czy cholera wie, co jeszcze. Chce ubić interes. Zaprosił nas pan, tak? Więc, do cholery, zabierzmy się do roboty!
Staruszek wpatrywał się przez chwilę w twarz Medei. Miała wrażenie, że ją ocenia.
- Jest pani wyjątkowo bezczelna.
- Nie, mam tak na co dzień.
Zapadła chwila ciszy.
- Dobrze – powiedział w końcu i uśmiechnął się, a ona poczuła, że zdała jakiś test – Idzie pani ze mną?
I odszedł na zaplecze. Dziewczyna szybko ruszyła za nim.
- Jest pani ciekawą osobą – powiedział nagle, idąc nadal przed siebie – Dość nietypową.
Ton jego głosu zmienił się. Nie był zgryźliwy, nie słyszało się już tej nutki złośliwości. Był raczej spokojny, zrezygnowany.
- To komplement, obelga czy stwierdzenie faktu? – zapytała zaskoczona dziewczyna.
Zatrzymali się w drzwiach na zaplecze.
- Chyba wszystko po trochu – powiedział cicho i pierwszy raz, odkąd Medea weszła do jego antykwariatu, uśmiechnął się szczerze – Robi pani wrażenie na człowieku – i widząc jej zdumione spojrzenie, dodał – Nie mówię, że negatywne czy pozytywne. Po prostu robi pani wrażenie. Proszę za mną.
- CHYBA ŻARTUJESZ?!
Daniel, oniemiały, przerwał krojenie cebuli. Odwrócił się w stronę stołu, gdzie siedziała Medea i z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w dziewczynę.
- Nie – odpowiedziała ta, gasząc papierosa – Sprawdziłam wszystko chyba z dziesięć razy! Autentyk! Sama byłam oniemiała. W życiu się nie spodziewałam, że trafię na coś takiego!
- Wow! – wydusił z siebie Daniel i wrócił do krojenia cebuli.
Siedzieli w mieszkaniu Medei. Jak prawie co wieczór od kilku tygodni. Rozmawiali zazwyczaj lub oglądali filmy. Wszystko niby bez zobowiązań. Daniel robił kolację. Jak zwykle od kilu tygodni. Uśmiechnął się nagle.
- Co twój szef na to?
- Był zaskoczony – odpowiedział dziewczyna, zapalając kolejnego papierosa – Ale ucieszył się. Powiedział, że wszystko jeszcze sprawdzi. Pogratulował mi. Ach, i jutro mam wolne.
- Super! – ucieszył się zaraz Daniel, krojąc tym razem paprykę – Może pójdziemy jutro gdzieś?
- Pewnie.
- Wpadniesz po mnie do redakcji? Będziemy mieć po drodze. Muszę jutro dostarczyć zdjęcia na dziewiątą rano. O dziesiątej? Będę na Buckingham 153 na trzecim piętrze.
- Jasne. Co masz zamiar jutro robić?
- Masz ochotę na odrobinę makabry?
- Muzeum horroru?
- Skąd wiedziałaś?
- Miałam przeczucie.
Śmiejąc się, zjedli kolację.
- To może oblejemy twój dzisiejszy sukces? - zapytał Daniel, sprzątając talerze.
- Mam lepszy pomysł – powiedziała Medea, uśmiechając się tajemniczo – Tylko musisz wykazać trochę cierpliwości.
Ruszyła do swojego pokoju, spod sterty książek wyciągnęła blok, pudełko z ołówkami i węglem; z łazienki wzięła lakier do włosów i nadal się uśmiechając ruszyła z powrotem do pokoju.
- Mam ochotę cię narysować – powiedziała, sadzając zaskoczonego Daniela na kanapie.
- Ok – wykrztusił i zapalił papierosa. Nie tego się spodziewał – Co mam zrobić?
- Nic. Tylko siedź w miarę nieruchomo. To nie potrwa długo – dodała i widząc lekkie przerażenie na twarzy Daniela, uśmiechnęła się pocieszająco.
Chłopak rozłożył się na kanapie, paląc powoli papierosa. Starał się wpatrywać w jeden punkt przed sobą, ale nieszczególnie mu to wychodziło. Zerka co chwilę na Medeę. Na jej długie, szczupłe palce z wprawą kreślące lenie na papierze. Na długie włosy, które odrzucała co chwilę na plecy. Na szczupłą sylwetkę krojąca się pod sukienką. Na długie nogi... Mimowolnie westchnął.
- Co tak wzdychasz?- zapytała dziewczyna, przerywając na chwilę pracę.
- Zachwycam się nad tobą – odpowiedział z uśmiechem, przymykając oczy i wydmuchując w górę kłęby dymu.
- Znowu zapomniałeś wziąć lekarstwa – usłyszał rozbawiony głos – Wiesz, że z chorobą psychiczną nie ma żartów?
- Dla mnie ma już ratunku.
- To wiem od dawna – powiedziała Medea, poprawiając coś w swoim dziele – Za dużo pracujesz – dodała.
- A ty to niby co? I tak cud, że masz wieczory wolne.
- A ja żyłam w przekonaniu, ze fotograf biega z jednej gali na drugą – odgryzła się – Gotowe.
Odłożyła ostrożnie rysunek i prysnęła do lakierem do włosów.
- Żeby się nie rozmazało – powiedziała i wręczyła kartkę Danielowi – Proszę.
Proste linie, cienie, ale wszystko wyraźne; zmarszczki na ubraniu, dołeczek w jednym policzku, nawet pieprzyk na szyi.
- Jesteś niesamowita – powiedział po chwili Daniel – Dziękuję.
Podszedł do niej, uścisnął mocno i pocałował w policzek. Dziewczyna uśmiechnęła się, spuściła głowę lekko speszona i już chciała odejść, gdy poczuła, że uścisk Daniela wcale nie zelżał. Przeciwnie. Chłopak przyciągnął ją mocniej do siebie, przytulił mocno.
- Med – szepnął – Dziękuję ci, że jesteś.
Odsunął ją na odległość ramienia, spojrzał głęboko w oczy.
Nie. Nawet nie próbuj tego mówić, idioto! Nawet się nie waż. Nie, do cholery!
- Med... - zaczął znowu.
- Nie – wyszeptała po chwili milczenia – Proszę, Dan, nie chrzań tego. Nie chcę, żeby to wszystko szlag trafił.
Nie chcę, żeby było jak z Henrym. - dodała już w myślach.
Spojrzał na nią z miną zbitego spaniela.
- Przestań! Takie słodkie oczy na mnie nie działają! - powiedziała ostro, modląc się w duchu, żeby temu idiocie nie przyszło do głowy ją pocałować.
I właśnie wtedy do mieszkania wpadł Riley zgrzany, smutny i zły. Spojrzała na Medeę i Daniela, nieświadomy co się właśnie między nimi działo.
- Med... - zaczął głosem pełnym powstrzymywanej wściekłości – Jakiś dupek stoi na dole i każdego się pyta, gdzie mieszkasz.
- Co?!
- To, co ci właśnie mówię! - prawie krzyknął – Jak mu powiedziałem, żeby się odwalił, to debil rzucił się na mnie z pięściami.
Medea stała oniemiała.
- Przedstawił się przynajmniej? - zapytał Daniel, obejmując dziewczynę w pasie.
- Nie – rzucił krótko Riley – Med, załatw to, bo pójdę i mu przyłożę.
- Jasne – zdołała wykrztusić – Jak wygląda?
- Wysoki, szczupły, drogi garnitur, blondyn. Przystojny. Na lewej ręce chyba sygnet.
Medeę coś ścisnęło w żołądku. Ciemne kleszcze paniki zacisnęły się wokół serca i żołądka. Po chwili przyszła jednak irytacja.
Wiesz, kto to jest? - zapytał Daniel.
- Mam swoje podejrzenia. Zaraz wracam.
Nim którykolwiek z chłopaków zdążył zareagować, Medea zamknęła za sobą drzwi. Echo niosło po klatce przekleństwa.
- Ian, ty buraku! Zamknij wreszcie swoją parszywą gębę!
Przekleństwa ucichły. Przy wejściu do klatki stał nie kto inny jak Ian Leighton w szarym, dobrze skrojonym garniturze, czarnych butach od Armaniego i z wściekłą miną.
- Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?! - krzyknął na nią niespodziewanie, miotając się od jednej ściany do drugiej.
Osłupiała. Nie tego się spodziewała.
- A co niby mam sobie wyobrażać? - zapytała, schodząc powoli z ostatnich stopni.
- Jak w ogóle możesz wyskakiwać do Lennoxa z czymś takim?! - Ian prawie wrzasnął – Hitler! Kto to widział?! Co ci też przyszło do głowy?!
Medea wpatrywał się w niego przez chwilę.
- Czekaj. Stój – powiedziała powoli – Przyszedłeś tu wściekły, wrzeszcząc i przejęty, bo załatwiłam Lennoxowi pierwsze wydanie Mein Kampf z autografem, tak? - zamilkła na chwilę – Właśnie robisz z siebie pośmiewisko, bo Lennox zarobi na tej książce fortunę? - podjęła znowu – Odwalasz cały ten cyrk, bo nie możesz znieść myśli, że właśnie dałam Edenowi szansę na niesamowity sukces.
Ian milczał. Zatrzymał się nawet i wpatrywał tępo w Medeę. Chyba powoli zaczęło do niego docierać, co właśnie zrobił. Spojrzał z przerażenie na dziewczynę.
- Ty jesteś po prostu zazdrosny – wypaliła nagle.
Chłopak spojrzał na nią wściekle. Struchlał jednak po chwili, westchnął i wbił ręce w kieszenie. Milczał dłuższy czas.
- Przepraszam, Med. Nie wiem, co we mnie wstąpiło – powiedział nagle – Wybacz – dodał ze spuszczona głową.
Ruszył do wyjścia.
Medea nie zatrzymywała go. Stała jeszcze chwilę na klatce schodowej. Później ruszyła powoli do mieszkania. Riley i Daniel siedzieli na kanapie w milczeniu. Zerwali się zaraz, gdy weszła.
- Kto to był?
Wzruszyła tylko ramionami. Podeszła zamyślona do stolika w kuchni, sięgnęła po papierosy i zapaliła. Daniel i Riley usiedli po jej bokach.
- Kto to był? - powtórzył pytanie Bowler.
- Ian Leighton – odpowiedziała cicho Medea, wpatrując się w pustkę przed sobą.
- Kim jest Ian? - zapytał zaraz Daniel.
- Jej były chłopak... chyba... - wyjaśnił z wahaniem Riley. Medea ograniczyła się do kiwnięcia.
- Leighton... Leighton... - powtarzał do siebie Daniel – Chyba nie ten Leighton o którym myślę?
- Ten sam – powiedziała Medea.
Chłopak wypuścił głośno powietrze.
- Ale jaja! Gdzieś ty go dorwała? Przecież to palant! - wypalił nagle.
- Wiem – odpowiedziała krótko dziewczyna – Jeśli cię to pocieszy, ostatnio przywaliłam mu w twarz.
Daniel uśmiechnął się szeroko.
Dila